O pomysłach na Narodowe Forum Muzyki

Narodowe Forum Muzyki 2015, #otwarcieNFM
Narodowe Forum Muzyki 2015, #otwarcieNFM http://instagram.com/narodowe_forum_muzyki
Na koncerty testowe zaproszę m.in. taksówkarzy. Jestem pewny, że kto tu przyjdzie, tego wieczoru nie zapomni. Że wrocławianie będą dumni z tego gmachu - o planach związanych z Narodowym Forum Muzyki opowiada jego dyrektor Andrzej Kosendiak. [wywiad]

Magda Piekarska: Trzy tygodnie temu ogłosił pan termin pierwszego koncertu w Narodowym Forum Muzyki. Czy to koniec nerwów związanych z tą instytucją? Bo dwa i pół roku temu było gorąco - sceptykom, którzy powątpiewali w szczęśliwy finał, odparował pan na Facebooku: "pocałujcie mnie w dupę".



Andrzej Kosendiak: Tu już do końca będą emocje. Z prostej przyczyny - jesteśmy debiutantami. Nigdy nie mieliśmy okazji budować takiej sali koncertowej. Na każdym etapie pojawiają się problemy, które trzeba rozwiązywać. Chociaż mam wrażenie, że dziś to napięcie wiąże się raczej ze staraniami o wypełnienie NFM publicznością. Na samej budowie wszystko jest w porządku.

W "Gazecie Wrocławskiej" czytam o wodzie podchodzącej pod fundamenty.


Na ten temat proszę rozmawiać z inżynierami. Ja żadnej wody nie widziałem. A od spraw budowlanych odpoczywam, chociaż bywam na placu Wolności często - skupiam się na tym, żeby ten obiekt służył naszym gościom. Musimy się zatroszczyć o to, żeby chcieli do nas przychodzić - a przyjdą, jeśli zaproponujemy im ciekawy program, dobry zestaw wykonawców. Sam budynek na początku z pewnością będzie magnesem, ale chodzi o to, żeby to miejsce było atrakcyjne także później, kiedy przeminie urok nowości. I żeby tętniło życiem.

W październiku 2012 roku pana irytacja była zrozumiała - Mostostal zszedł z budowy, padł pomysł otwarcia NFM koncertem Filharmoników Berlińskich, a data uruchomienia instytucji uległa przesunięciu - na luty 2015. Wydawało się, że jest to już termin bezpieczny, nie do ruszenia. Tymczasem przyjdzie nam poczekać do września.

Każda następna ekipa, która przychodziła do tego projektu - akustycy, architekci, archeolodzy, pierwszy, drugi wykonawca - wszyscy musieli się uczyć NFM-u. To jest tak skomplikowana inwestycja, że życie weryfikowało wyobrażenia, jakie mieli przystępując do projektu. To, co wydawało się na początku proste, wcale proste nie było. To wysoka technologia, prototyp, a nie stawianie budynku z segmentów - liczy się każdy detal. Tych komplikacji nikt dostatecznie nie doszacował na początku. Wydawało się, że wszystko uda się zrobić szybciej i sprawniej.

Dużo pana kosztowała ta nauka?


Dużo. To napięcie towarzyszy mi od początku. I ono cały czas trwa. Tęsknię do momentu, w którym to miejsce ożyje, wypełni się ludźmi i muzyką.

Sporo melisy musiał pan wypić?

Radzę sobie inaczej. Po pierwsze, szczęśliwie to specjaliści sprawują bezpośredni nadzór nad inwestycją. Nie muszę się troszczyć o szczegóły. To pozwala mi zająć się innymi zadaniami - przede wszystkim programowaniem NFM, które teraz jest najważniejsze. Po drugie, mogę dyrygować, nagrywać płyty - wciąż czuję się przede wszystkim muzykiem. Dzięki muzyce lepiej to wszystko znoszę - mam energię i poczucie równowagi.

Największa sala w NFM (1800 miejsc) jest ponad trzykrotnie większa od tej, którą dziś dysponuje filharmonia. Jak sprawić, żeby zapełniała się publicznością?


Ten obiekt będzie tętnił życiem - nie mam wątpliwości. To nie jest tak, że najpierw go zbudujemy, a potem będziemy zastanawiać się, co tam organizować. Wystarczy, że przeniesiemy naszą obecną aktywność do nowej sali - uzyskamy około siedmiuset imprez w roku. To są koncerty symfoniczne, kameralne, ale też działania edukacyjne. Wystarczająco dużo, żeby mogły się tam odbywać dwie imprezy dziennie.

Ale liczba ich odbiorców powinna się potroić.

Kilka czynników zdecyduje o tym, że tak się stanie. Pierwszy z nich to sam obiekt - ludzie lubią przebywać w miejscach przyjaznych, ładnych, ciekawych. Jestem przekonany, że chętniej będą przychodzić na koncerty do nowego budynku niż do sali, którą obecnie dysponujemy. Druga rzecz - program. Nie będzie wypełniony wyłącznie koncertami muzyki klasycznej. NFM będzie dla wszystkich - są tu dwie podziemne sale, na poziomie 14,5 metra pod powierzchnią placu Wolności, w których będzie miejsce dla muzyki, którą żyje młodzież.

Prawdziwy underground?

Będą tam koncerty jazzowe, ale nie tylko. Jedynym wyznacznikiem jest tu jakość - nie chcemy imprez wątpliwych artystycznie. Ale nie boimy się różnorodności: 4 września otwieramy NFM, 5 września, w sobotę, w podziemiach odbędą się dwa koncerty - jazzowy i techno.

W programie będzie miejsce na eksperymenty - nawet jeśli nie będzie pełnych sal za każdym razem. Bo ważne jest, żeby nie zamykać się na nowości, które nie zawsze i nie od razu są w stanie przyciągnąć dużą widownię.

Trzeci element to wykonawcy. W ostatnich latach dokonała się gigantyczna zmiana, jeśli chodzi o nasze zespoły - orkiestra symfoniczna jest w absolutnej polskiej czołówce, odrodzona, odmłodzona orkiestra Leopoldinum gra fantastycznie, chór jest naszym eksportowym zespołem, orkiestra barokowa nie ma konkurencji w kraju. Jakość zespołów jest doceniana przez słuchaczy - dobry, dobrze wykonany koncert przyciągnie publiczność. Poza tym będziemy zapraszać artystów z najwyższej półki.

Odkładany koncert Filharmoników Berlińskich dojdzie do skutku?

W pierwszym sezonie na pewno będą Filharmonicy Wiedeńscy. Będą Lang Lang, Wynton Marsalis, Zubin Mehda z Filharmonią Izraelską, Narodowa Orkiestra USA z Eschenbachem. Wrocław stanie się ważnym miejscem na szlaku artystycznych podróży największych artystów światowego formatu. A dzięki dużej sali nie będziemy podnosić cen biletów. Będą zróżnicowane, ale nie droższe od tych, które mamy dziś, być może także tańsze.

Dziś kosztują 25-40 zł. Podwyżek nie będzie?

Nie. Być może raz na jakiś czas, z okazji koncertu wyjątkowej gwiazdy część biletów będzie droższa. Ale nawet tam będziemy starali się zachować pulę miejsc w cenach bardzo przystępnych, żeby nie wykluczać tych, którzy są z nami od dawna, a dla których cena biletu mogłaby stanowić barierę. Na koncert otwarcia 4 września połowę sali wypełnią nasi stali słuchacze. Nie muszą płacić 300 zł za bilet - na każdym koncercie w Filharmonii ogłaszamy konkurs na hasło reklamowe dla NFM-u. Zwycięzca otrzymuje jedno dwuosobowe zaproszenie. Już uzbieraliśmy w ten sposób prawie setkę słuchaczy. To są ludzie, którzy systematycznie przychodzą do Filharmonii. Z czego wniosek, że najłatwiej na koncert otwarcia dostać się, przychodząc do nas już teraz.

Abonamenty?

Będą. Właśnie wprowadzamy układ widowni do naszego systemu sprzedaży. Trwają ostatnie korekty numeracji siedzeń. W momencie ogłoszenia programu, najprawdopodobniej w marcu, rozpocznie się sprzedaż biletów.

Na koncerty testowe chce pan zaprosić hotelarzy, kelnerów, taksówkarzy, przewodników miejskich. To nowa strategia promocyjna?


Trochę tak, chociaż podstawowy powód jest czysto praktyczny. Sala jest tak skonstruowana, że ma ruchomy sufit i ściany, każda zmiana powoduje zmianę akustyki. Musimy ją nastroić. W sierpniu odbędą się próby zarówno z publicznością, jak i bez niej. Większe grupy na nasze koncerty. W jednym z takich koncertów testowych wezmą udział działacze Solidarności, z okazji swojego święta.

Liczy pan na taksówkarza, który wioząc kogoś z lotniska, zachęci do odwiedzin w NFM?


Liczę. Czasem jeżdżę taksówką, rzadko jest cisza. Najczęściej się rozmawia.

Trochę jak u fryzjera. Może i fryzjerów warto zaprosić?

Proszę bardzo, czemu nie. I panie, które pracują w salonach kosmetycznych, spa. Zwykle w tych miejscach są rozmowy - najczęściej sprowadzające się do narzekania. Liczę, że rozmowa o NFM-ie będzie miała inny charakter - jestem przekonany, że ktoś kto tu przyjdzie, tego wieczoru nie zapomni. Że wrocławianie będą dumni z tego gmachu. Budowa długo trwała, ale jestem pewien, że jak już będziemy otwierać obiekt, wszystkim się spodoba. To ważny element miasta. Jestem przekonany, że wrocławianie będą się nim szczycić.

A kiedy przeminie urok nowości? Trzeba się liczyć z odpływem części widowni.

Kiedy patrzę na inne tego typu obiekty, widzę, że ten miodowy miesiąc trwa dwa lata - to jest ten efekt nowości. Wie pani, ile osób w Polsce nie było nigdy w filharmonii?

W Polsce - nie wiem. Ale skoro - według badaczy tworzących wrocławską diagnozę społeczną - między 9 a 14 proc. mieszkańców deklaruje regularny udział w życiu kulturalnym, a w ciągu roku w koncertach muzyki poważnej, w różnych miejscach, uczestniczyło 28,4 proc., to raz w życiu w filharmonii musiało być przynajmniej 10 proc. wrocławian.


W skali Polski wygląda to gorzej - w takiej instytucji nigdy nie było 95 proc. osób. Szacujemy, że w ciągu roku NFM odwiedzi ponad 300 000 osób, więc nie budujemy obiektu jedynie dla garstki zainteresowanych. Ważnym zadaniem jest przyciągnięcie rodzin. Dlatego już teraz robimy koncerty edukacyjne - dla dzieci, młodzieży. I kobiet ciężarnych. Ale też dla całych rodzin. Będą dla nich przywileje. Jeśli uda nam się z rodzinami, nie będę martwił się o publiczność.

Jaki będzie roczny budżet po uruchomieniu nowego gmachu?


Instytucja jest finansowana z czterech źródeł - przez miasto, marszałka, ministra i z przychodów własnych. Żeby to wszystko dobrze funkcjonowało, każdy z partnerów musi dodać po trzy miliony. My sami musimy wygenerować znacznie większe przychody - nie o trzy, ale o sześć milionów więcej. Obecny budżet to ok. 27-28 milionów. W przyszłości musimy mieć o kilkanaście milionów więcej.

A wpływy z biletów?

Same wpływy z biletów, a trzeba pamiętać, że poza noworocznym koncertem w Hali Stulecia nie robimy dużych imprez, dają nam sporo ponad 2 mln zł rocznie. Ten przychód podwoił się w ciągu dwóch ostatnich lat. Do tego sponsorzy, sprzedaż koncertów na zewnątrz, środki z programów unijnych, ministerialnych, wojewódzkich - w sumie sami zarabiamy ponad 8 mln rocznie. Na biletach, przy zachowaniu obecnych cen, powinniśmy zarobić w NFM przynajmniej dwa razy więcej.

Jak pan widzi NFM za dwa lata?


Jako instytucję, która jest ważnym partnerem na europejskiej mapie instytucji kultury. Silną, prestiżową, dysponującą obiektem, w którym każdy chce grać, wrocławianie chcą przebywać, do którego publiczność przyjeżdża z całej Europy. Jako wizytówkę Wrocławia.

Cały tekst tu.
Trwa ładowanie komentarzy...